Wojciech Łopaciński - hotelarz z pasją
Wojciech Łopaciński - doradztwo hotelowe
DoświadczenieReferencjePublikacjeOfertaKontakt


 
 

Budapeszt 2013

Korzystając z propozycji Ryanaira, w której lot do Budapesztu kosztował 48zł wybraliśmy się w czerwcowy weekend do stolicy Węgier.

 

 

Budapeszt kojarzył mi się z pikantnym gulaszem, Tokajem i ... niezrozumiałym językiem. Wstyd się przyznać ale nie wiedziałem nawet, że stolica Węgier powstała w skutek połączenia dwóch sąsiednich miejscowości, leżących nad brzegami Dunaju.

 

 

Peszt ma jednolity wygląd, przypomina inne europejskie stolice. Jest ruchliwy i zatłoczony. Od XIX wieku mieszkali tu rzemieślnicy, kupcy i rękodzielnicy nadając wschodniemu wybrzeżu klarowny, praktyczny układ topograficzny. Na uwagę zasługuje oznakowanie ulic. Nie spotkałem w centrum jednego skrzyżowania, bez czytelnych tablic z nazwami ulic. Pięknie odnowione duże kamienice przypominają świetność minionego czasu. 

 

 

 

 

Wyrastająca na wzgórzach Buda jest chaotyczna, zakręcona i trudniej dostępna. Liczne fortyfikacje i pałace nadają tej części miasta dostojny wizerunek. Króluje tu wzgórze zamkowe, które przez lata gościło królów węgierskich a potem habsburskich. Zamek jest największą atrakcją Budapesztu, choć odczuwa się wyraźnie zahamowanie prac restauratorskich, pewnie w związku z kryzysem…

 

 

 

Dunaj zawsze był i nadal jest ważnym partnerem w historii rozwoju Budapesztu, który niekiedy jest nazywany Wenecją wschodu. Dwa brzegi łączą wspaniałe mosty. Do najbardziej znanych zalicza się most łańcuchowy z 1849 roku, który jest pierwszym stałym połączeniem obu miast. Spacer tym mostem zaliczyłbym do obowiązkowych punktów programu turystycznego. W trakcie można podziwiać wspaniałą panoramą Budapesztu. Znając nieudolne próby niektórych polskich miast ożywienia bulwarów nadrzecznych Odry i Wisy (np. w Szczecinie i Toruniu) aż zazdrość bierze, jak wspaniale udało się Węgrom zagospodarować oba brzegi.

 

 

 

 

Rzeka jednak czasami kaprysi. Dzień po naszym wyjeździe miał osiągnąć najwyższy stan w swojej historii: 9 metrów. Skończyło się trochę niżej, ale mieszkańcy przeżyli straszne chwile. 

 

 

 

 

Dwa miasta podzieliły się dość sprawiedliwie zabytkami, ponieważ najokazalszy budynek państwowy wschodniej Europy, czyli siedziba węgierskiego parlamentu, znajduje się Peszcie z Zamek królewski natomiast przewodzi liście atrakcji Budy.

 

Do momentu wyjazdu Budapeszt był dla mnie stolicą jednego z najlepiej rozwiniętych krajów bloku wschodniego. Oczywiście nie była to kraina mlekiem i miodem płynąca, czego skrupulatnie pilnowali radzieccy okupanci, krwawo tłumiąc np. powstanie węgierskie w 1956 roku. W porównaniu do innych krajów socjalistycznych, na pewno Węgrzy cieszyli się względną swobodą gospodarczą a rozwinięta turystyka zapewniała stały kontakt z światem. 

 

 
I tu nastąpiło pierwsze rozczarowanie. Węgrzy, a przynajmniej Ci z którymi styka się turysta, dość słabo znają język angielski. Miałem problem z zamówieniem posiłku w restauracjach, kupnem wody w sklepach spożywczych położonych w centrum miasta, nie wspominając o obsłudze term, które wyglądały jak zaniedbane ośrodki sanatoryjne.

 

 

Szkoda, bo termy są jednym z symboli tego kraju. Położone w strefie powulkanicznej, Węgry słyną z wielu leczniczych źródeł, które wykorzystywane były już w epoce romańskiej.  Liczne odkrycia archeologiczne potwierdzają istnienie całych kompleksów basenowych, z których do dziś zachowały się mozaiki zdobiące wnętrza łaźni. Temperatura wytryskającej z podziemi wody sięga niekiedy 70 stopni Celsjusza. W jednym z najefektowniejszych basenów termalnych w mieście, Széchenyi Fürdő można zażyć kąpieli w 21 basenach z wodą od 18 do 40 stopni C. W samym Budapeszcie funkcjonuje 123 ujęć ciepłej źródlanej wody i 50 kąpielisk termalnych o różnym składzie wody, zawsze bardzo bogatej w mikroelementy. Każde z tych źródeł posiada określone właściwości lecznicze (najczęściej magnez, jodu i brom) które wykorzystuje się w terapii różnych chorób. Mi, pomogło na węgierskiego kaca, który poczułem po degustacji Egri Bikavér.

 

 

 

Nie można być na Węgrzech i nie spróbować paprykowej kuchni. Choć placek po węgiersku, podobnie jak jajko po wiedeńsku, okazał się gastronomicznym wymysłem naszych rodaków, to gęsta zupa gulaszowa z ogromną ilością papryki obecna była w menu większości jadłodajni. Trzeba jednak przyznać, że w centrum Budapesztu ciężko było znaleźć restaurację specjalizującą się tylko w kuchni narodowej. Nawet kelnerzy pytani o dobrą lokalną restaurację rozkładali ręce i polecali… włoskie pizzerie.

 

 

 

 

 

 

My uparliśmy się i zjedliśmy węgierskie specjały. Langosz był smażonym na głębokim oleju drożdżowym plackiem, wyrabianym z mąki pszennej i gotowanych, utłuczonych ziemniaków oraz mleka. Przed smażeniem ciasto jest formowane w płaskie placki o średnicy kilkunastu centymetrów. Langosze jada się najczęściej z czosnkiem bądź masłem czosnkowym, a także śmietaną, startym serem żółtym, szynką lub jeszcze innymi dodatkami. Langosza nie zjemy w eleganckiej restauracji. Można je znaleźć na lokalnych rynkach, w małych budkach gastronomicznych, często obok pijalni wina lub piwa. Jadane są najczęściej na śniadania lub wczesne lunche.  Nam smakowały w każdym momencie.  


 

 

 

 

Nie zawiodły natomiast winiarnie. Klimatyczne knajpki, nastawione na sprzedaż napoju Dionizosa nie oferowały często nic, oprócz węgierskiego wina i lekkich zakąsek. Z przyjemnością obserwowałem grupy ludzi rozmawiających przy butelce Tokaja lub Egri Bikaver. Aż czuć, że bardzo zależy Węgrom na odnowieniu renomy narodowych win. Zniszczone w czasach socjalizmu winnice nabierają blasku a produkowane w nich wina coraz częściej zyskują wyróżnienia na międzynarodowych wystawach. Niektóre winiarnie, nazywane przez miejscowych borozo oferowały ponad 200 gatunków lokalnego wina. Wszystkich nie dało się zdegustować, ale dzielnie próbowaliśmy... Najlepiej smakowały, pite na świeżym powietrzu. 

 

  
       

 

 

 

 



| Doświadczenie | Referencje | Publikacje | Oferta | Kontakt | English | Podróże
Copyright © 2009 Studio Reklamy ADGRAPE.
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Wojciech Łopaciński - doradztwo hotelowe.