Wojciech Łopaciński - hotelarz z pasją
Wojciech Łopaciński - doradztwo hotelowe
DoświadczenieReferencjePublikacjeOfertaKontakt


 
 

Indie 2010

Wszyscy piszą teraz blogi. Więc i ja postanowiłem napisać swój indyski blog. Blog Indie 2010 to relacja z podróży do Indii. Najpierw pojechała tam Liza a ja dołączyłem po 2,5 miesiącach jej samotnej podróży. W Indiach byłem tylko 14 dni, z których 4 spędziłem w szpitalu, w stanie kompletnego zatrucia. Kolejne 4, to wypad na GOA, który zrekompensował z nawiązką szpitalną traumę. Ale zacznijmy od początku.

Pierwsze wrażenia? Duchota na lotnisku w Bombaju (a raczej powinienem powiedzieć Mumbaju, bo ostatnio powrócono do starej nazwy miasta). To był szok. Czułem się, jakbym musiał nosić w jakiejś torbie na plecach, dodatkowe 18 kg powietrza. Wysiadłem z samolotu o 3 nad ranem a parno było, jak w dobrze nagrzanej saunie. Dopiero później zacząłem "widzieć" indyjskie smaczki: taksówki, riksze, śpiących, gdzie popadnie ludzi, no i najważniejszą różnicę: wszechotaczający mnie bród.

Bród jest wszędzie. Duże miasta to jakby wielkie wysypiska śmieci. Aż dziw człowieka bierze, że niedaleko (stosunkowo niedaleko) stąd są czyste miasta. W Singapurze można zapłacić kilkaset dolarów (na szczęście tamtejszych dolarów) mandatu za wyrzucenie papierka, przejście na czerwonym świetle przez jezdnię lub wyplucie gumy do żucia na chodnik.

W Indiach wszystko jest dozwolone. Można przekroczyć ulicę w każdym wybranym przez siebie miejscu, bez względu na kolor światła w semaforze (jeśli taki w ogóle jest) nawet, gdy obok stoi policjant. Jak miałby zatrzymać przechodzących w niedozwolonym miejscu ludzi, jeśli w każdej chwili przechodzi przez ulicę w różnych kierunkach kilkaset osób…

Wróćmy do brudu. Tu chodzi się po papierach. W Polsce najwięcej śmieci można zobaczyć po jakiś gigantycznych wydarzeniach, typu koncert czy wiec. Pamiętam tony leżących pod nogami śmieci podczas Dni Morza w Szczecinie.  W Indiach tak jest codziennie i na każdej ulicy. W centrum Bombaju chodzi się po papierach, puszkach, ludzkich i krowich odchodach. Śmiecie produkowane przez 13 milionów mieszkających w Bombaju ludzi (a w całej pobliskiej metropolii prawie 19 milionów) zalegają dosłownie na każdej ulicy. 

 

 

  brud w IndiachBombajBombajBombajczystość na ulicach BombajuBombaj

Brud zawsze łączy się z biedą. Nie sposób nie wspomnieć o biedzie. Bieda też jest wszędzie. Na wsiach ludzie żyją w lepiankach bez sanitariatów i okien. Myją się w fontannach lub w pobliskich rzeczkach. W miastach, mieszkają po prostu na ulicy. Każdy wolny fragment ulicy czy klatki schodowej jest natychmiast zajmowany. Kierowcy taksówek śpią w swoich (a raczej wynajmowanych do pracy) służbowych samochodach. Sprzedawcy odpoczywają w swoich obwoźnych sklepikach.

Indie 2011Indie 2010indyjska biedaindyjska biedaindyjska biedaindyjska wieśindyjska wieśindyjska wieś

 

 

Drugie indyjskie uderzenie to ścisk. Indie zajmują 2 pozycję, po Chinach, na liście najludniejszych krajów świata. Ludzie są wszędzie. Pod nami, nad i z każdego boku. Te 1,2 mld ludzi musi się gdzieś podziać. Każda wolna przestrzeń jest maksymalnie wykorzystana. Każde wolne miejsce jest natychmiast zagospodarowywane w tymczasowe mieszkanie, kramik z napojami lub warsztat obuwniczy. Dworzec główny zamienia się około północy w gigantyczną sypialnię. Dzieci biegają i bawią się a dorośli wracają z pracy, przebierają spodnie, bluzki i szykują się do snu.   

indyjska ulicaChhatrapati Shivaji Terminus-kolejowy dworzec głowny Bombaju, dawniej Dworzec Wiktoriiindyjska ulica

 

 

Trzecie mocne uderzenie to indyjskie kolory, smaki i zapachy. Po powrocie do kraju ciągle tęsknię za dziwnym, ciężkim zapachem. Mieszanka wilgotnej stęchlizny, piżma i zjełczałego starego jedzenia towarzyszyła mi w Indiach na każdym kroku. To niesamowite i trudne do opisania. Gdy byłem kelnerem, pytałem pracujących ze mną starszych kolegów „Jak mam wyczuć, że wino czuć korkiem?”. Odpowiadali, że nie umieją mi tego wytłumaczyć i że sam to wyczuję.

Faktycznie. Po kilkuset dobrych korkach aż mnie uderzył zapach popsutego korka. Tak samo jest z tym indyjskim zapachem. Po 4 miesiącach od wysłania (tak pracuje poczta w Indiach) przyszła paczka, którą Liza nadała w New Delhi. Ale było fajnie znów powąchać Indie. Zapachu na zdjęciach pokazać się nie da, ale kolory jak najbardziej.

domowa masalaindyjskie kolory

Ludzie. Indusi (tak oficjalnie w języku polskim powinniśmy nazywać mieszkańców Indii, bez względu na wyznawaną religię) to ciekawy naród. Generalnie są zawsze uśmiechnięci i mają na wszystko czas. „szanti, szanti”, czyli powoli, powoli to ich hasło na życie.

Dla Europejczyka to kolejny szok. Wracając kiedyś z Lizą rikszą do hotelu, postanowiłem wymienić dolary. Wszedłem do banku i poprosiłem o wymianę 100 dolarów. Zaczęto machać głowami (każdy tam macha głową z prawa na lewo), spisywać dane z mojego paszportu, zapisywać, w jakim hotelu mieszkam, kiedy wjechałem do Indii i w jakim celu, kiedy zamierzam wrócić. Poproszono mnie o powrotny bilet na samolot i zapytano, czym zajmuję się w Polsce. Po 35 minutach tego przesłuchania wypłacono mi rupie.

Gdy wróciłem do czekającej rikszy, kierowca  uśmiechnął się i powiedział, że szybko udało mi się to załatwić, pewnie, dlatego, że jestem obcokrajowcem. O minie mojej żony nie będę wspominał…

uśmiechnięci hindusiuśmiech hindusówuśmiech hindusówuśmiechnięci hindusiuśmiechnięci hindusiuśmiechnięci hindusi

Indyjska toaleta. Skoro czystość jest tu rozumiana inaczej. To i toaleta musi mieć inny wymiar. Ludzie na wsi np. chodzą każdego ranka nad rzekę i tam piorą, myją się i odświeżają. Potrafią maszerować 2 lub 3 kilometry, żeby umyć zęby. Przy okazji załatwiają też swoje pilne potrzeby. Tam jest woda do umycia wszystkiego, co potrzeba po tych czynnościach umyć.

W toaletach nie ma papieru toaletowego. Papier widziałem w Indiach 2 razy: w InterContinentalu i na lotnisku. W każdej toalecie jest za to kranik z bieżącą wodą, wiadro i kubek. I to służy do .. No może nie wchodźmy w szczegóły. Indusi używają do tych higienicznych spraw zawsze lewą rękę. Prawą służy do spożywania posiłków i witania się.

Toalety to najczęściej dziury w podłodze, ale zdarzają się też sedesy. Mają one trochę inny kształt, niż te znane nam w Polsce. Po bokach są na nich takie spłaszczenia, na stopy. Tak, aby całkiem bezpiecznie można było na nich stanąć. Inną ciekawostką jest indyjski sposób na mycie zębów bez szczoteczki. Zrywają sobie z krzaczka taki mały patyczek, rozcinają go nożykiem na końcach i szczoteczka gotowa.

indyjska toaleta nad wodąindyjska toaleta nad wodąindyjska toaleta nad wodąindyjska toaleta nad wodąindyjska toaleta nad wodąindyjska toaleta nad wodą

Po 18 godzinnej podróży przyleciałem do Bombaju w godzinach nocnych, więc z okna 100 letniej taksówki niewiele widziałem. Pierwszy raz przyjrzałem się indyjskiej ulicy już z hotelowego okna. Wielkie, prowizoryczne, niebieskie zadaszenia, chroniące ludzi przed deszczem i słońcem przysłaniały śpiące, gdzie popadło postacie. To był mój kolejny szok. Taksówki stawały się sypialnią dla pracujących w nich kierowców. Obwoźne kramiki handlowe spełniały, po zdjęciu towarów na sprzedaż i zamknięciu interesu, rolę łózek.  

indyjska ulica  indyjska ulicaindyjska ulicaindyjska ulicaindyjska ulicaindyjska ulicaindyjska ulicaindyjska ulica

Podstawą handlu w Indiach są chyba małe obwoźne sklepiki.  Wszędzie je widać. Interes jest ruchomy, można, więc dostać się w każde miejsce. W nocy będzie służył za łóżko do spania. Kupić w nich można prawie wszystko. Królują jednorazowe opakowania. Jednorazowy proszek do prania, płyn do płukania, szampon do włosów, itd.


indyjski handel kwitnie wszędzieindyjski handel kwitnie wszędziesalon fryzjerskiindyjski handel i usługi kwitną wszędzieindyjski handel i usługi kwitną wszędzieindyjski handel i usługi kwitną wszędzieindyjski handel i usługi kwitną wszędzieindyjski handel i usługi kwitną wszędzieindyjski handel i usługi kwitną wszędzie

Sprzedaje się w Indiach wszystko. Można np. kupić sobie na straganie z wróżką trochę szczęścia. W jednym z takich małych biznesów postanowiłem ogolić się. Jeszcze nigdy nie byłem ogolony brzytwą przez starego doświadczonego fryzjera. Gdy wszedłem zobaczyłem jednak młodego chłopaka. Trochę się bałem powierzając mu moje gardło. Ale cóż, świat należy do odważnych. Już sam przyjazd tu był lekko zwariowany…  Poszło nam tak dobrze, że przy okazji ściąłem włosy.

Na zakończenie poprosiłem o płyn po goleniu. I tu nastąpiła konsternacja. Owszem był płyn gillette, ale leżał tam od paru lat nieużywany i chłopak nie znał jego ceny. Uspokoiłem go, że podwyższymy rachunek o 50% i będzie ok. Otworzył, więc opakowanie a ja zapłaciłem za całość 150 rupii, czyli 11zł.

stoiska z czarownikami na targu na GOAstoiska z czarownikami na targu na GOAstoiska z czarownikami na targu na GOAfryzjer na GOAfryzjer na GOAfryzjer na GOA

Indyjska komunikacja. To przeżycie, które na długo zapada w pamięć. Trzeba być gotowym na przeróżne niespodzianki. Autobus, którym podróżowałam z Panaji, stolicy GOA do Vasco Da Gamma popsuł się 3 razy a na dużych wzniesieniach trzeba było wysiadać, żeby dał radę podjechać.

Najlepszym środkiem transportu jest riksza. Motorowa lub rowerowa. Ta pierwsza znacznie szybsza. Pierwsze przejazdy z ryksiarzem to naprawdę niezłe przeżycie.

niepewna indyjska komunikacjanajpewniejsze są rikszei 100 letnie taksówki

Indyjskie pociągi. Nasz przejazd z Bombaju na Goa zamiast planowanych 9 godzin trwał 19. Na początku nic nie zapowiadało katastrofy. No może pewną niespodzianką była trumna, która miała z nami podróżować, na szczęście w innym wagonie. Bez problemu odnaleźliśmy nasze nazwiska na wywieszonej na każdym wagonie liście podróżujących osób. W Indiach nikt nie przejmuje się ochroną danych osobowych.

Wsiedliśmy do pociągu, ruszył i się zaczęło. Okazało się że wraz z mną zamierzają jechać spora rodzina karaluchów i pluskiew. Po 30 minutowej walce jakoś się dogadaliśmy. Gdy światło włączam one znikają, potem robią co chcą. Kolejną atrakcją okazała się krótka przerwa w jeździe. Trwała 3 godziny i okazała się naprawdę krótka do kolejnej, która miała miejsce 20 minut po zakończonej pierwszej.

podróż z trumną żołnierzametro w Bombaju...oczekiwanie na paczkach
indyjskie pociągiIndie 2011 indyjska kolej

Zwierzaki. Każdy słyszał o świętych krowach w Indiach. Ja wyobrażałem sobie je, jako dostojne, czyste i zadbane święte jestestwa. Nic mylnego. „Świętość” zapewnia im pełne bezpieczeństwo. Boska polisa nie obejmuje jednak kosztów wyżywienia i opieki. Nikt ich nie spożywa i nie robi im krzywdy. Ale też zbytnio nikt się nimi nie przejmuje.

Więc chodzą sobie wszędzie. Potrafią bez problemu chodzić po chodniku w centrum Bombaju lub zaglądać do restauracji. Jak gdzieś padną nieżywe, to tak leżą w swej świętości przez parę dni. Generalnie Indusi są nastawieni bardzo przyjaźnie do ludzi i zwierząt. Dokarmiają je, ale nie jest to normalna, codzienna opieka, jaką zwierze był potrzebowało. Krowy chodzą, więc głodne.

Wiele razy widziałem, jak jadły kartony lub buszowały w śmietnikach. Na ulicach widać też dużo bezpańskich psów. Te, przerzuciły się na wegetarianizm i ich przysmakiem stał się ryż, nawet w pikantnym sosie masala. Nie wszystkim jednak zwierzakom jest tak w Indiach różowo. Przechlapane mają tam kurczaki. Drób jedzą wszyscy, no, oprócz wegetarian oczywiście.

Hodowcy i sprzedawcy przewożą je w małych klatach, do góry nogami, przywiązane po kilka sztuk prawymi lub lewymi nogami. Naprawdę słaby widok.   

   

święte krowy pod arabskim meczetemmała drzemka na aucieświęte krowy zaparkowałymałpy i psyświęte krowykurczaki w Indiach mają przechlapanemałpki w Indiach są wszędziepływa sobie święta krowaindyjski karaluszek potrafi mieć ze 4 cm

Trochę luksusu, czyli Hotel Taj Mahal Palace & Tower i InterContinental Marine Drive. Choć biedę widać w Indiach na każdym kroku, to i przepych w dużych miastach nie jest zjawiskiem rzadkim. Pewnego ranka widziałem wielką czarna limuzynę z szoferem w białych rękawiczkach, wiozącą dwójkę dzieciaków do szkoły.

Są tu hotele, sklepy, drogie lokale i restauracje, w których jedno danie kosztuje równowartość kilkuletniego wynagrodzenia zwykłego Indusa. Taka karma- tłumaczą sobie ci biedniejsi.   

InterContinental Marine Drive*****Hotel Taj Mahal Palace & Tower*****Taj Mahal Palace & Tower***** Taj Mahal Palace & Tower*****Taj Mahal Palace & Tower***** i obok The Gate of IndiaInterContinental Marine Drive*****

Po luksusach 5 gwiazdkowych hoteli przyszedł czas na normalne dla Backpaersów noclegi i wyżywienie. W niektórych z nich rarytasem był widelec. Indusi jedzą nawet w knajpach ręką. Zawsze prawą, bo lewa służy do… (to już omawialiśmy). W jednej z nich, położonej obok Chhatrapati Shivaji Terminus (dawniej Victoria Terminus- Dworzec Wiktorii) kolejowego dworca głównego w Bombaju, byłem świadkiem ciekawej procedury.

Zauważyłem jak wszystkie talerze po gościach lądowały pod jednym z stolików, na przeciwko wyjścia z kuchni. Zastanawiałem się dlaczego kelnerzy właśnie tam znoszą brudne talerze, zamiast bezpośrednio do zmywalni. W pewnej chwili, ku mojemu zdumieniu, z pod stołu wyszły 2 koty oblizując się, z wyraźnym zadowoleniem na pyskach. Potem znów podeszły jakieś inne kotki.

Najwidoczniej proces technologiczny, w tej knajpie przewidywał zmywanie wstępne każdego talerza, dokonywane przez te sympatyczne zwierzątka. Dopiero potem kelnerzy zabierali po 10 talerzy do zmywalni, na mycie główne (mam przynajmniej taką nadzieję...).

Dodam że zjadłem tam całkiem smaczne krewetki, oczywiście w sosie masala.

indyjskie restauracjeindyjskie restauracjeindyjskie restauracje GOAindyjskie restauracjeindyjskie restauracjeindyjskie restauracjeindyjskie restauracjeindyjskie restauracje

Kiedyś odczułem pragnienie zjedzenia langusty. Ponieważ w restauracjach dania z langustami ocierały się o całkiem wysokie ceny, postanowiłem zrobić to „po mojemu”. Znalazłem targ rybny, kupiłem sobie 3 langusty za 200 rupii (około 6,50 pln), potem poszukałem knajpy specjalizującej się w rybach i zapytałem o wycenę przygotowania moich 3 przyjaciółek w sosie masala (a jakże!).

Stanęło na kwocie 250 rupii. Za 15 minut miałem przed sobą najwspanialszą ucztę tego wyjazdu. Za 15 zł., z coca colą, zjadłem 3 wielkie langusty i zwiedziłem targ rybny, zamiast płacić po 150 zł. za jedną sztukę w restauracji.

moje dwie przyjaciółki przyjaciółki na patelni już na talerzumniam mniamjestem gotowymój deser

Jeszcze ciekawszą kulinarną lekcją były posiłki u naszej gospodyni na GOA. Franki, bo tak się nazywała nie umiała ni w ząb ani jednego słowa po angielsku. Ustalanie menu odbywało się na zasadzie ręcznego tłumaczenia. Rodzina była bardzo biedna i serwowała nam to, co zwykle sami jedli, czyli ryż plus warzywa. My chcieliśmy jeść krewetki, więc sami je kupowaliśmy od rybaków i zanosiliśmy im do przyrządzania.

Ten z kolei proces technologiczny rozpoczynał się na ganku, gdzie Franki siadała na ziemi i obierała krewetki oraz rybki. Następnie wnosiła to do kuchni i kontynuowała przygotowania sosu masala, no bo jakże innego. Potem nakrywano stół, czyli kładziono starą gazetę na ziemi i jedliśmy.

Uwaga, z tym stołem, to nie żarty! Gdy pierwszy raz przyszliśmy do nich na śniadanko, zobaczyłem na środku pokoju, leżące 2 małe miseczki i zastanawiałem się z Lizą, jak dziwnie przygotowali jakieś pożywienie dla kotów albo małych dzieci. Gdy weszliśmy okazało się, że to właśnie nasze śniadanko już czeka. A ponieważ jesteśmy gośćmi, to użyto obrusów, tzn. kartek ze starych gazet.

Sztućców nie użyli do konsumpcji ani razu przez całe 4 dni pobytu a o serwetce nie było co marzyć. Jedliśmy rękoma, wycierając je w spodnie... 

domowa masala- przygotowanie na werandziedomowa masala- obieramy krewetkiobieramy kokosaidziemy do spiżarniile jeszcze mam czekać?zaraz, zarazgarnek dzisiejszych krewetekdomowa masaladomowa masala- i uczta gotowa

Indyjski szpital. Trafiłem tu po konsumpcji ryżu w przedłużającym bieg pociągu. Na początku kolejarze poczęstowali wszystkich wodą, ale gdy pociąg stał kolejne godziny, zaczęto rozdawać ciepły ryż. Choć nie podano sztućców i serwetek, wszyscy dosłownie rzucili się na niego.

Brud wagonu, plus czarne ręce, brak wody w wagonie i jedzenie zamówione przez kolejarzy w jakiejś brudnej knajpce na wsi, zrobiły swoje. Już w trakcie dalszej podróży busami, które okrążały zarwany w skutek ulew most, czułem, że w moim żołądku COŚ się dzieje.

Jak dojechałem wreszcie na GOA i znaleźliśmy nocleg,  nie dane mi było już zasnąć w hotelowym łóżku. Przy temperaturze w pokoju 30 stopni trząsłem się z zimna, nie miałem ochoty nic jeść, choć przez 24 godziny zjadłem mniej więcej 1 woreczek ryżu. Liza natychmiast zamówiła karetkę, która przyjechała całkiem szybko- po 1 godzinie. W szpitalu po 12 godzinach, na skutek działania 3 naraz kroplówek zostałem wyczyszczony od środka z bakterii, rozglądnąłem się po sali, zobaczyłem samych mężczyzn na łóżkach a pod spodem na ziemi, śpiące kobiety. Tylko moja żona wychodziła do hotelu na noc!

Potem było już tylko lepiej. Po 3 dniach czystego,  gotowanego ryżu, zacząłem przyjmować bardziej skomplikowane posiłki. A gdy w 4 dniu uraczono mnie pikantnym sosem masala, wiedziałem, że jestem już zdrowy. Ciekawie podawano soki w szpitalu. Gdy zamówiłem jabłkowy, dostałem świeżo wyciskany.

Trzeba nadmienić, że jabłko w Indiach jest rarytasem. Kosztuje więcej niż banan, pomarańczka czy grejpfrut.

Pobyt w szpitalu kosztował około 4 tys. zł. Na szczęście nie mnie, tylko ubezpieczalnię. I tu pochwała dla Hestii. Wszystko poszło sprawnie. Choć szpital nie był na liście placówek na stałe współpracujących z Hestią, jej agent załatwił wszystko w bezgotówkowy sposób. Morał tej historii: myjcie ręce przed jedzeniem i zawsze ubezpieczajcie się przed wyjazdem!

szpital w Indiachszpital w Indiachmoja ulubiona pielęgniarka 

Widoki na GOA zrekompensowały mi szpitalną traumę. Pierwszego dnia wypożyczyliśmy sobie 2 skuterki (za 200 rupii od sztuki na dzień) i zaczęliśmy objeżdżać wybrzeże. Niesamowite krajobrazy.

Zakupy robiliśmy na targach a świeże ryby i krewetki bezpośrednio od rybaków. Tu zobaczyłem też pierwszy raz domki krabów i plaże pełne małych dziurek, w których one się chowały. 

GOAGOAświeże zakupyplaża obok Cap de RamGOA, sami na plażyGOA, sami na plażyGOA, pola ryżoweGOA, Canacuna beachGOA, sami na plażyGOA - Capo de Rama FortGOA, sami na plażyGOA, sami na plażyGOA, Cap de RamGOA, czerwona rzekaGOAa to 2 małe kraby new Menu('menu0');


| Doświadczenie | Referencje | Publikacje | Oferta | Kontakt | English | Podróże
Copyright © 2009 Studio Reklamy ADGRAPE.
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Wojciech Łopaciński - doradztwo hotelowe.