Wojciech Łopaciński - hotelarz z pasją
Wojciech Łopaciński - doradztwo hotelowe
DoświadczenieReferencjePublikacjeOfertaKontakt


 
 

Tajlandia część 3

Ayuthaya
Ayuthaya, stolica istniejącego w latach 1350-1767 Królestwa Syjamu, państwa zajmującego tereny dzisiajszej Tajlandii. Miasto jest położone 80 km na północ od Bangkoku i znajduje się liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO, ze względu na bardzo bogaty kompleks świątyń.

My, po rezygnacji z wyjazdu do Angdor Wat w Kambodży, jechaliśmy do Ayuthaya z wielkimi nadziejami. Choć była dla nas przystankiem w drodze do Chiang Mai (przyjechaliśmy rannym pociągiem z Bangkoku i odjeżdżaliśmy wieczorem) nie zawiedliśmy się. Ayuthaya dostarczyła nam wielu niezapomnianych wrażeń. To tu właśnie widzieliśmy największy, chyba na świecie, posąg Buddy. 

AyutthayaAyutthayaAyuthayaAyuthayaAyuthayasłonie w AyuthayaAyuthayaAyutthayaAyutthayaAyutthayaAyutthayaAyuthayaAyuthayaAyuthayaAyuthayaBudda gigant wAyuthaya   AyuthayaAyuthayaKoguty giganty w AyuthayaAyuthaya


Zwiedzanie zaczęliśmy od wypożyczenia motorka za 150 bht (najtaniej w Tajlandii) w celu szybszego objeżdżenia wszystkich świątyń. Zadanie nas przerosło, ponieważ cała Ayuthaya wydaje się być jednym wielkim kompleksem świątynnym. Pierwszy posąg, zwany jako Reclining Buddha of Ayuthaya, który znaleźliśmy w świątyni Wat Yai Chaya Mongkol, miał ze 20 metrów długości.

Gdy Ayuthaya była jeszce stolicą Tajlandii, ówczesny król U-thong podniósł ją w 1350 roku do rangi świątyni królewskiej. Na jej terenie znaleźliśmy jeszcze z kilka setek mniejszych i większych posągów, posążków i płaskorzeźb, ale my dzielnie pożegnaliśmy je bez dokładniejszego zapoznawania się i kontynuowaliśmy przejażdżkę po mieście. W kolejnej świątyni Wat Lokaya okazało się, że Reclining Buddha of Ayuthaya ma kuzyna, i to znacznie starszego i bardziej wyrośniętego. Ten kolos miał z 50 (a może i nawet 60 metrów!!!) długości, nie wspominając o wadze. Wykonany był z kamienia.

W Wat Ratchaburana zrobiliśmy zdjęcia z sławną twarzą Buddy w drzewie, która co roku znika bardziej w jego korzeniach. Przed tym drzewem stoi tablica informująca wszystkich, iż ze względów religijnych, zdjęcia można robić tam tylko w pozycji klęczącej lub na kucaka. Stojący przez cały dzień (w 35 stopniowym upale) ochroniarz faktycznie pilnował bardzo rygorystycznie tego przepisu, upominając co raz opornych turystów lub takich, którzy nie zapoznali się z treścią tablicy (do których i piszący te słowa zaliczył się). Do pełnego opisu odwiedzonych przez nas miejsc dodam jeszcze świątynię Wat Phanan Choeng, z posągiem siedzącego Buddy, tym razem wielkim na 20 metrów i wykonanym z 250 kg czystego złota.

Na posągach można było zaobserwować jakieś kawałki złota lub materiału złoto podobnego. Okazało się, że wierni przyklejają do nich na szczęście kawałki złotej i bardzo cieńkiej folii (jakby aluminiowej), która w palcach dosłownie zamienia się w proszek. Wieczorem żegnaliśmy się z tym pięknym, romantycznym i zachęcającym do zadumy miastem, wsiadając o 19,45 (oczywiście + 30 minutowe spóźnienie) do nocnego pociągu nr 1, jeszcze dalej na północ. 


Chiang Mai
Przyjechaliśmy tu ze względu na tygrysy (Tiger Kingdom) i birmańskie plemię, zwane „długimi szyjami”. Pierwsza uwaga jest taka, że Chiang Mai nie jest miejscem tłumnie odwiedzanym przez turystów, bo położone daleko na północ, oddalone jest kilkaset kilometrów do Bangkoku i pięknych tajskich plaż. W związku z powyższym trzeba jeszcze bardziej uważać na ceny usług w biurach podróży. Zostaliśmy „zaatakowani” już na samym dworcu.

Skusiliśmy się na wykupienie autokarowych biletów powrotnych do Bangkoku, ponieważ na stacji zostaliśmy poinformowani, że w pociągach na następny dzień jest brak miejsc leżących. Kupiliśmy też całodniową wycieczkę do 4 lokalnych plemion, plantacji orchidei i jakiejś jaskini za 900 bht z obiadem.  Wygórowana na pierwsze wrażenie cena okazała się całkiem przystępna mając na uwadze, iż za samo wejście do rezerwatu „długich szyj” trzeba by zapłacić 500 bht.

orchidee z Kanchanaburiorchidee z Kanchanaburiorchidee z Kanchanaburi


Orchidee niczym szczególnym nas nie zaskoczyły, poza tym, że rosły w powietrzu, zupełnie bez doniczek ani żadnego innego podłoża. W Tajlandii widzieliśmy je często zagnieżdżone w różnych drzewach, ale tu po prostu wisiały. Większym przeżyciem było spotkanie w przedstawicielami różnych plemion. Największe wrażenie zrobił na nas rezerwat plemienia, zwanego „długie szyje”.

Podziwiałem zdolności handlowe jednej dziewczynki, od której kupiłem torebkę dla córki i rzeźbioną w drzewie tekowym głowę z obręczą. 

W innej wiosce widzieliśmy łapki na szczury i przygotowanie grilla z ... szczurów.

Liza z koleżanką z plemienia Długich Szyj w Kanchanaburinaprawdę długie szyje, KanchanaburiPlemie Długich Szyj, Kanchanaburi- moja babciaPlemie Długich Szyj, KanchanaburiPlemie Długich Szyj, KanchanaburiPlemie Długich Szyj, Kanchanaburi

plemiona etniczne w Tajlandiiplemiona etniczne w Tajlandiiplemiona etniczne w Tajlandiiplemiona etniczne w Tajlandiiplemiona etniczne w Tajlandiiplemiona etniczne w Tajlandiiplemiona etniczne w Tajlandiiplemiona etniczne w Tajlandiiplemiona etniczne w Tajlandiiplemiona etniczne w Tajlandiipułapka na myszyplemiona etniczne w Tajlandii

Następnego dnia pojechaliśmy do Tiger Kingdom. Cóż tu pisać, to był jeden z naszych głównych celów wyjazdu. Po wpłaceniu 1.500 bht i podpisaniu zgody na wejście do klatki, mogliśmy zbliżyć się do tygrysa ważącego 220 kg. To nierealna potęga, której człowiek w pełni doświadcza oko w oko z tygrysem. Wieczorem jechaliśmy nocnym autobusem do Bangkoku a następnego dnia mieliśmy już wykupiony wyjazd do Kanchanaburi.    

  Chiang Mai- Liza i tygrysChiang Mai- tygrys i myChiang MaiChiang MaiChiang Mai- Wojtek i kiciaChiang Mai - maluda

 
Damnoen Saduak Floating Market
Podróż do Kanchanaburi zamówiliśmy już wcześniej w biurze podróży w naszym hotelu. Wykupiliśmy pakiet przejazdowy z opcją porannego zwiedzenia największego w Tajlandii pływającego rynku Damnoen Saduak Floating Market. Fajne przeżycie, zobaczyć jak kiedyś handlowano bezpośrednio z małych łódek.

Jeśli ktoś oglądał jeden z filmów z przygodami Jamesa Bonda to ma wiedzę, jak taki pływający rynek może wyglądać. Sam rynek, wydaje się, nie być już miejscem codziennego handlu miejscowych, choć tak przedstawia się go w przewodniku Lonely Planet.

W dobie marketów i transportu kołowego uległ deformacji, raczej w atrakcję turystyczną i sposób na zarabianie pieniędzy przez lokalną ludność.  Ciekawym przeżyciem była prezentacja wyrobów fabryki słodkości z mleka kokosowego i etapów ich produkcji. 

DamnonenSaduak Floating Market- pływający market obok BangkokuDamnonenSaduak Floating Market- pływający grillDamnonenSaduak Floating Market- pływający kramik z napojamiDamnoensaduak Floating MarketDamnoensaduak Floating MarketDamnoensaduak Floating MarketDamnoensaduak Floating MarketDamnoensaduak Floating MarketDamnoensaduak Floating Market

Kanchanaburi
Do Kanchanaburi dotarliśmy po południu. Zaczęliśmy, jak zwykle, do wypożyczenia motorka. I tu zong. Uwaga, to jedyne miasto w naszej podróży, gdzie bardzo rygorystycznie podchodzi się do kwestii umowy wynajmu. Każdy punkt przedstawia ten sam kontrakt, na mocy którego wynajmujący jest odpowiedzialny za każdą usterkę a w zastaw musi zostawić swój paszport. Nie było od tego ustępstwa. Próbowaliśmy w kilku punktach i w końcu poddaliśmy si ę. Cena wynajmu była standardowa: 200 bht za 24 godziny.

Nasz przyjazd do Kanchanaburi miał 3 główne punkty: tygrysy, wodospady i most. Zaczęliśmy od tygrysów. Wat Pa Luang Ta Bua zwana Tiger Temple to buddyjska świątynia, zorganizowana w skałach, na bardzo dużym terenie, gdzie mnisi opiekują się tygrysami. Świetne przeżycie i kolejna możliwość obcowania z tymi niewyobrażalnymi zwierzętami.  Wejście kosztowało 900 bht bez określeń czasowych, w ramach godzin otwarcia sanktuarium.

tygrysek i my, Kanchanaburimały kotek. Kanchanaburina spacerku z kotkiem, KanchanaburiTygrysy w KatchanaburiTygrysy w KatchanaburiTygrysy w KatchanaburiTygrysy w KatchanaburiTygrysy w KatchanaburiTygrysy w KatchanaburiTygrysy w KatchanaburiTygrysy w KatchanaburiTygrysy w KatchanaburiTygrysy w KatchanaburiTygrysy w KatchanaburiTygrysy w Katchanaburi

Bridge over the River Kwai- most na rzece Kwai znany z filmu o tym samym tytule znajduje się samej miejscowości nie trzeba do niego brać żadnego środka transportu, choć ryksiarze przedstawiali to zupełnie inaczej. Rozbawiła nas tablica przy moście, na której władze kolei tajlandzkich informowały, iż nie biorą żadnej odpowiedzialności za nieodpowiedzialne wchodzenie na most.

Gdy to czytaliśmy po moście spacerowało z … 300 osób. Zabawa była jeszcze lepsza, gdy przyjechał pociąg.

Most na rzece KWAIpanienka na moście... na rzece KWAIMost na rzece Kwai- ojoj jedzie pociąg..!


Wieczorem okazało się, że na przeciwko dworca organizowany jest Night Market. Tajlandzkie nocne targowiska są swoistą atrakcją, której nie było nam dane wcześniej zobaczyć. Ten okazał się szczególnym miejscem, bo skierowany był dla miejscowej ludności. Polecam, serwowane tu, prażone nogi z kurcząt- niewtajemniczonych informuję, iż mowa tu o najniżej położonej części nóg.

może pazurka do obgryzienia...?tajska zupka dania na wynos...

Następnego dnia pojechaliśmy 80 km do Erawan National Park, gdzie znajduje się 7 stopniowy wodospad Erawan. Zwykle turyści, według relacji w sieci, rezygnują po ciężkiej wspinaczce przy 3 lub 4 poziomie. My z dumą ogłaszamy, iż zdobyliśmy wszystkie 7, wróciliśmy do miasta, zdaliśmy motor (z duszą na ramieniu w obawie o paszport) i po południu wyjechaliśmy do Bangkoku.   

ERAWANWodospady ERAWAN- uwaga na rybki ERAWAN

Bangkok-pożegnanie
Nie udało nam się zobaczyć żadnego nowoczesnego centrum handlowego (podobno w jednym z nich jest nawet małe oceanarium). Woleliśmy raczej zwiedzać lokalne rynki z największym w Tajlandii (i chyba całej Azji) Chatuchak Weekend Market. Zamiast wielkich salonów mody woleliśmy dogadać uszycie koszul na miarę w malutkim, położonym obok naszego hotelu, zakładzie krawca z Birmy (The wall Street Tailor, adres: 2 Soi Rambuttri Road, tel: 082 324 5622).

Ominęliśmy też atrakcje przesławnego Patpong, czyli dzielnicy czerwonych latarni z ping pong show na czele (cokolwiek to znaczy…), proponowanym mi co 5 minut w Bangkoku.

Udało mi się za to poznać smak karalucha, konika polnego i paru innych much. Wyjeżdżamy stąd z jedną nieodwołalną decyzją: musimy tu wrócić na 200%.

To miasto będzie wspaniałym początkiem następnej podróży do Kambodży, Wietnamu i Laosu.

Bangkok- pychotkaBangkok- to wszystko co zjadł WoktekBangkok- rarytasy azjatyckiej kuchniBangkok- Wojtek ma zamiar schrupać konika polnego i inne podsmażone karaluchyBangkok- rarytasy azjatyckiej kuchniBangkok- prawdziwy mężczyznaBangkok- Chatuchak Weekend Market Bangkok- nasza kolacjaBangkok- paluszki lizać


Singapur- pożegnanie
Zostawiliśmy Bangkok i wkrótce mieliśmy też pożegnać się z Singapurem i całą Azją. Ale najpierw jedna z głównych atrakcji tego wyjazdu: Hotel Marina Bay Sands***** z luksusowym kasynem, podniebnym basenem i Sands Skypark, który zafundowałem nam w dzień moich urodzin. Hotel jak hotel, niczym mnie nie zaskoczył. Raczej zasmucił słabą obsługą i brakiem troski o gościa.

Z pewnością można to robić znacznie lepiej, nawet jak się ma do obsługi 2,5 tys. pokoi w trzech 60 piętrowych wieżach. Basen jednak był prawdziwym hitem. Płynąc, leżąc, spacerując podziwiało się nierealną panoramę singapurskich drapaczy chmur. Godne zakończenie wspaniałej podróży!

rodzina Łopacińskich w Marina BayMarina Bay- może drinka?piękniejsza strona SingapuruSingapur- podniebny basenSingapur- podniebny basenSingapur- podniebny basenSingapur- podniebny basenSingapur nocąFerrari w SingapurzeSingapurMarina Bay Sands- tu wszystko jest jakieś takie duże...



| Doświadczenie | Referencje | Publikacje | Oferta | Kontakt | English | Podróże
Copyright © 2009 Studio Reklamy ADGRAPE.
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Wojciech Łopaciński - doradztwo hotelowe.